Siadam wygodnie w fotelu w pokoju pełnym półek z książkami o nierównomiernie rozstawionych grzbietach aby nie tworzyły jednolitej ściany dla fali akustycznej, ciężkie zasłony na oknach tłumiące zbędne odbicia i z tego samego powodu puszysty dywan na podłodze. Tego wieczoru znów odcinam się od szarej codzienności, pracy, problemów. Za jednym skinieniem przenoszę się do La Scali, gdzie oczom szeroko zamkniętym ukaże się sam Gianni Raimondi śpiewający arię z Trawiaty. Po chwili udaję się na koncert Nightwish, a gdy wybrzmi „Bye Bye Beautiful” kolejny skok w czasie i przestrzeni: trafiam na plenerowy występ Starego Olsy, białoruskiego zespołu grającego muzykę dawną, ale jakże bliską słowiańskiej duszy. Sięgam do muzyki z kolebki rodzaju ludzkiego: Ismaël Lô. Jego „Jammu Africa” pozwala zapomnieć o deszczu za oknem, jest idealnym wyrażeniem tęsknoty za kontynentem na który jeszcze wiele razy będę wracał. Zmiana nastroju, przede mną jest Eddie Van Halen zawierający pakt z diabłem aby bezbłędnie wykonać „Eruption”. Dalej kolejne skoki między miejscami, gatunkami, nastrojami: Anna Maria Jopek, The Green Car Motel, Dire Straits, Tiamat, Il Divo, Angelique Kidjo… Czytam powieść o podróżach w czasie? O teleportacji? Nie, testuję stację dokującą dla iPodów ze wzmacniaczem i zestaw głośników Micropod SE firmy Scandyna.
Nie mogę o sobie powiedzieć audiofil. Z pewnością nie spełniam wymagań finansowych: nie wydałem na sprzęt audio wielocyfrowej kwoty. Co gorsza — z punktu widzenia fanów doskonałego brzmienia — nie odczuwam chęci poniesienia wydatków celem poprawienia stanu obecnego. Potrzeby muzyczne zaspokajam przy pomocy zestawu złożonego ze wzmacniacza lampowego rodzimej produkcji (Amplifon) wraz z dwudrożnymi kolumnami Triangle Comete — dla wyjaśnienia palącej kwestii: załapałem się na promocję co znacznie zmieniło cenę. Jakim kablem wszystko spięte? Zwyczajnym — nie słyszę różnicy między przewodem za 10 i 1000zł za metr. To też niewątpliwie powód do wykluczenia mnie z kasty rycerzy szukających dźwiękowego spełnienia. Jestem natomiast pewien jednej rzeczy — dobrze dobrany i wykonany zestaw stereo pokona w kategorii odsłuchów muzyki bez wysiłku każdy komplet złożony z “X+1” głośników. Odtwarzanie dźwięku do filmu to zupełnie inna konkurencja.
Nie umiem również jednoznacznie i za każdym razem odróżnić dobrze zrobionej (podkreślam — dobrze zrobionej) “empetrojki” od kompresji bezstratnej. Po publikacji pierwotnej wersji artykułu kolega zrobił mi szybki pokaz na moim osprzęcie, już wiem czego szukać — człowiek uczy się całe życie. Bezspornie większość z tego co krąży po Sieci mniej lub bardziej legalnie — nie będę się teraz spierał, nie o tym jest artykuł — nijak nie da się zakwalifikować w kategorii “dobrze zrobione”. Wad i niedoróbek nie da się usłyszeć na kolumienkach ze sklepu nie (na pewno nie?) dla idiotów. Na takich “głośniczkach” właściwie nic nie da się usłyszeć, trudno jednak mieć o to pretensje do producenta — zmieścił się w cenie, a o to chodziło. Nie mam zamiaru także oceniać skali potrzeb dźwiękowych Czytelników — o gustach się nie dyskutuje, to problem producentów aby zaspokoić nasze, jakże rozbieżne czasem, wymagania. Ten tekst jest dla osób które lubią usłyszeć więcej, widzieć scenę z zamkniętymi oczami, niemal dostrzegać jak Rebecca Pidgeon porusza ustami śpiewając Spanish Harlem. Zapraszam do lektury także osoby chcące przekonać się na własnych uszach (być może po raz pierwszy) co to znaczy jakość.
Co w pudełku i jak wygląda
Do testów otrzymałem zestaw złożony z dwóch osobno kupowanych produktów. Będę je opisywał w komplecie, ale pamiętajcie o tym, że na półce w sklepie znajdziecie dwie rzeczy. Informacja ta jest szczególnie ważna dla kogoś kto ma już na czym słuchać i szuka sposobu na podłączenie iPod’a. Na opakowaniu jest wymieniona cała gama obsługiwanych iPodów, co prawda nie ma na liście najnowszych modeli ale miejsca w stacji dokującej przewidziano tyle, że o ile iPody jakoś znacząco nie „spuchną” będzie pasował każdy bieżący i przyszły model zgodny ze złączem 30-pinowym. Niemniej przed samym zakupem warto dla pewności sprawdzić czy konkretny egzemplarz zadziała. Na liście nie ma iPhone’a i iPoda Touch ale tego ostatniego używałem do testów bez problemu.
Kolumienki przyszły oddzielnie zapakowane każda w swoim kartoniku z wypełniaczem ze zdemontowanymi nóżkami których sposób mocowania z pewnością Was zaskoczy. Nie będę psuł ewentualnej niespodzianki opisując to rozwiązanie. Po założeniu kolumny stoją pewnie choć początkowo wydawało mi się, że łatwo będzie je przewrócić. Wersja która do mnie dotarła wymaga posiadania wzmacniacza czy to w formie produktu innej firmy czy w postaci testowanej stacji dokującej. W katalogu firmy Scandyna jest niemal identyczny zestaw Micropod SE Active wyposażony we własny wzmacniacz ukryty w jednej z kolumienek. Dzięki temu zyskujemy większą niezależność od źródła dźwięku którym może być komputer czy iPod shuffle. Micropody są dwudrożne, mają głośniki 70mm odpowiedzialny za środek pasma i kawałek basów (więcej o tym za chwilę) i 19mm zajmujący się wysokimi dźwiękami.
Stacja dokująca jest schowana w dość dużym — jak na rozmiary samej stacji — pudle. Po jego otwarciu widać dlaczego. Sam zasilacz sieciowy zajmuje kawałek miejsca — jest wielkości zasilaczy do PCtowych laptopów, do tego komplet 8 wkładek osobno zapakowanych zapewniających kompatybilność z kolejnymi generacjami iPodów, pilot i już przestrzeń jest wypełniona. The dock — podobnie jak Micropody — występuje w dwóch wersjach. Jedna jest wyposażona jedynie w wyjścia do głośników, druga pozwala na podłączenie sygnału video na przykład do telewizora. Wbudowany wzmacniacz to jednostka 4-omowa o mocy 15W.
W komplecie ze stacją są dwa elementy powodujące lekki dysonans: biały zasilacz („moja” stacja jest czarna, dostępna także biała) oraz pilot na podczerwień. Do zasilaczy odstających kolorystycznie od reszty produktu przyzwyczajani jesteśmy przez wszystkich z Apple na czele — widocznie jedynie biały kolor pozwala na prawidłową pracę transformatora. Pilot natomiast to inna sprawa, według mnie wygląda jak wyciągnięty z innej bajki. Gdyby nie logo na wierzchu po kilku dniach nie byłbym pewien który był w komplecie — dziwny styl płaskich, nijakich płytek do sterowania urządzeniami zatacza coraz szersze kręgi. Nie wiem dlaczego zdecydowano się na zatrzymanie śmiałej ręki projektanta linii kolumienek w chwili gdy zasiadał do nadajnika zdalnego sterowania. Biały zasilacz jeszcze da się umieścić tak, aby nie rzucał się w oczy. Co jednak zrobić z pilotem?
Wygląd zewnętrzny nie jest dla dźwięku najważniejszy, jednak pamiętać należy że definiuje on kształt wnętrza od którego zależy już bardzo wiele. Pośrednio określa także nas samych wpisując się (lub nie) w tworzone wokół nas otoczenie. Według projektantów linii Podspeakers wybrany kształt nie jest przypadkowy. Stanowić ma doskonałe połączenie nowoczesnej linii wzorniczej oraz najnowszych osiągnięć z dziedziny akustyki. Wewnętrzne kształty pozwalają podobno na osiągnięcie wyższej jakości dzięki specjalnie ukształtowanym powierzchniom wpływającym bezpośrednio na sposób rozchodzenia się fal dźwiękowych.
Nie sądzę aby ktokolwiek został obojętny gdy zobaczy Micropody jak i resztę członków rodziny Podspeakers na przykład na stronie firmowej. Myśl przewodnią da się streścić w jednym zdaniu: mówimy “nie” wszelkim kantom. Obudowy skojarzyły mi się od razu z hutą szkła i procesem wydmuchiwania bombek. A także z bohaterem filmu animowanego “Potwory i spółka” Mike Wazowskim.
Micropody są pełne krągłości, kanty widać dopiero w najbardziej wstydliwym rejonie każdego systemu nagłośnieniowego: z tyłu, wokół złącz (po dwa dla podłączenia sygnału w tej wersji). Patrząc na Micropody od przodu nie widać ich rzeczywistej wielkości. Nie są wcale aż takie malutkie, ważą więcej niż można by się spodziewać na pierwszy rzut oka. Wpadamy w podobną pułapkę jak w czasie patrzenia na telewizory w sklepie: od przodu nie da się określić na ile są rozbudowane z tyłu.
Stacja dokująca The dock na tle Micropodów wypada bardzo dobrze, choć przecież w małej obudowie musiał zmieścić się port dla iPod’a, wzmacniacz oraz złącza dla głośników. Podświetlane diodami oczka — jedno ozdobne, drugie jako odbiornik podczerwieni — dodają klimatu i informują o stanie zasilania. Także tu z tyłu jest na tyle ładnie na ile pozwala konstrukcja gniazd: dwie pary profesjonalnych złącz dla przewodów przenoszących dźwięk oraz jedno wyglądające jak wyjście liniowe — na co dało się nabrać kilku nieuważnych recenzentów. Jest to jednak złącze pozwalające na podłączenie opcjonalnego głośnika niskotonowego.
Podłączamy i gramy
Jak w przypadku wszystkich rozwiązań profesjonalnych także tu nie należy oczekiwać od producenta dostarczenia kabli głośnikowych. Sprawa jest wielce dyskusyjna z punktu widzenia specjalistycznych pomiarów i tak zwanych “ślepych testów”, niektórzy jednak zdają się na własny osąd podczas ich doboru. Producenci zgodnie przyjęli zasadę reagowania na potrzeby klientów, często w reklamach wmawiają olbrzymie różnice jakie usłyszymy wydając 1000$ za metr “specjalnego stopu”. Nie odmawiając nikomu prawa do posiadania lepszego słuchu od mojego (nie jestem muzykiem! nie gram na żadnym instrumencie! wstyd mi, cóż jednak począć…) pozostanę okopany na stanowisku „ja różnic nie słyszę”. Drugim, bardziej prozaicznym powodem jest trudna do oszacowania długość jaka będzie odpowiednia w konkretnym rozstawieniu. Wniosek jest jeden: kable kupujemy sami, takie jak chcemy i długie jak potrzebujemy. Jeśli nie chcemy bawić się w zarabianie końcówek można poprosić o to w sklepie, obsługa na pewno pomoże dobrać końcówkę gdy zobaczą co z czym chcemy spiąć. Zalecana ostrożność aby nie pomylić biegunów — przewody powinny być odpowiednio oznaczone, o ile wiem nawet najtańsze są łatwe do rozróżnienia.
Gdy już wszystko rozstawimy i połączymy można wsunąć iPod’a i zanurzyć się w całkowicie nowym świecie doznań. Zanim utoniemy jedna uwaga — pilot choć nieszczególnie urodziwy działa dobrze. Nie da się jednak za jego pośrednictwem poruszać się po menu iPoda. Zatrzymać, włączyć, przeskoczyć w przód i w tył, wyłączyć chwilowo dźwięk — tak, ale nie wykonamy żadnej czynności którą można uznać za zaawansowaną obsługę odtwarzacza. Jednym to przeszkadza, innym wcale — zaliczam się do drugiej kategorii. Jak już włączę przygotowaną wcześniej listę odtwarzania nie mam nic przeciwko wysłuchaniu jej do końca. A potem od początku.
Zamykamy oczy i słuchamy. Micropody zachwyciły mnie klarownością dźwięku oraz — co rzadkie niezmiernie w tej klasie produktów — obecnością zupełnej ciszy. Zwróćcie uwagę przy najbliższej okazji na to, czy kolumny które się wam podobają potrafią (włączone) zagrać ładną ciszę, wbrew pozorom nie jest to łatwe i zależy od kilku czynników o których rzecz jasna nie będę teraz pisał. Wszystkie dźwięki odnalazłem tam gdzie się ich spodziewałem w utworach które znam i lubię. Zarówno środkowe rejestry jak i wysokie partie skali odwzorowane zostały więcej niż zadowalająco jak na moje wymagania. Gorzej sprawa wygląda w dolnej strefie. To znaczy gorzej dla kogoś kto lubi poczuć jak basy rozbiegają się po podłodze wyganiając kłębki kurzu z zakamarków pokoju. Jeśli jesteś jedną z tych osób licz się z koniecznością zakupu jednego z opcjonalnych głośników niskotonowych. Konstrukcja dwudrożna ma to do siebie, że projektant musi wybrać jaką część pasma chce „pokryć”. Nakładając na to ograniczenia cenowe wychodzą dwie możliwości w produkcie na szeroki rynek konsumencki (proszę mnie poprawić jeśli się mylę). Po pierwsze uzyskanie prawidłowego odwzorowania tonów wysokich, zostawienie mniejszej lub większej „dziury” w środku pasma (jej rozmiar w znacznej mierze zależeć będzie od jakości zastosowanych głośników) i uzyskanie dobrego poziomu tonów niskich. Niestety właśnie w zostawionej pustce mieścić się będą wokale co momentalnie rzuci się w uszy. Druga opcja to pogodzenie się ze stratą części niskich tonów i skupienie się na uzyskaniu jak najlepszych efektów z zakresu tonów wysokich, średnich i częściowo niskich. Ludzkie ucho jest dla drugiego wariantu sprzymierzeńcem ponieważ jego czułość maleje wraz z malejącą częstotliwością dźwięków. Ewolucja zadbała o jak najlepsze słyszenie w paśmie średnim co ma swoje uzasadnienie z racji warunków w jakich przyszło nam dorastać jako gatunkowi.
Dla mnie niskich dźwięków było wystarczająco, ale wśród znajomych znany jestem z braku miłości do ustawicznego “bum, bum, bum”. Zdecydowanie wolę odbierać dźwięk uszami, nogi są od chodzenia. Kolega upiera się, że wyłapał moment odcinania niskich dźwięków przez wzmacniacz stacji dokującej jakby w oczekiwaniu na podpięcie “brakującego” elementu zestawu. Jak mówi odniósł wrażenie że producent delikatnie sugeruje nabycie subwoofera. Nie chciałem się kłócić, obiecałem że to zdanie pojawi się w tekście aby dać lepsze wrażenie obiektywizmu. Co nie zmienia przesłania ogólnego — nie kupujcie źródła dźwięku do domu bez przesłuchania go lub zapewnienia sobie możliwości wymiany.
Podsumowanie
Do tej pory sądziłem, że nie da się wykrzesać z tak zwanych małych, “komputerowych” głośników zakresu częstotliwości który spełni moje — może amatorskie lecz wysokie — wymagania. Myślałem sobie: JBL gra naprawdę ładnie, nie idealnie ale przecież to takie małe zestawy, nie mogę oczekiwać cudów. Okazało się, że w żadnym temacie w życiu nie można się poddawać. Obojętnie czy szukając dróg na spełnienie swoich marzeń, czy starając się usłyszeć możliwie wiele z nagrań. Według mnie z chwilą pojawienia się firmy Scandyna na rynku polskim JBL straci wielu klientów, szczególnie wyznających zasadę jakość dźwięku przede wszystkim. W oparciu o moje dotychczasowe doświadczenia z całą odpowiedzialnością mówię, że chętni na porównania mogą Micropody postawić jedynie koło zestawu Harman Kardon Soundsticks. Waszej decyzji pozostawiam to czy dołączać głośnik basowy czy nie — rzecz indywidualnych upodobań.
Pamiętajcie: decydując się na zakup Micropodow przesuwacie granice własnej tolerancji na zgubne skutki kompresji audio do pułapu który będzie nieosiągalny dla wielu produkcji, z czasem być może nauczycie się odróżniać pliki z kompresją stratną i bezstratną. Otwieracie bramę ku drodze do świata czystego dźwięku, zrównoważonych tonów, niemal niezmąconej ciszy oraz krystalicznych wokali. Świat ten jest piękny ale i zdradliwy. Sami nie wiedząc kiedy możecie przekroczyć magiczną granicę pomiędzy tym co widzialne i niewidzialne, słyszalne i niesłyszalne. Między światem miłośników dobrego dźwięku stąpających wciąż twardo po ziemi i ulotnymi mirażami słyszanymi jedynie przez wybrańców — audiofili.
Daleki jestem od krytyki zainteresowań innych. Patrząc obiektywnie kupowanie kolejnych szkieł do aparatu za grube tysiące również nie musi uchodzić powszechnie za „normalne”, choć ja tą czynność za takową uważam. Ktoś inny słyszy różnice w dźwięku spowodowane wymianą kabli zasilających — i niech mu na zdrowie będzie! Scandyna prawdopodobnie nie zadowoli wszystkich. Ktoś powie że kształt jest beznadziejny, inny nie usłyszy różnicy między Micropodami i zwyczajnymi kolumienkami jeszcze ktoś doda że drogo. Życzę jednak wszystkim aby mogli na podstawie własnych odsłuchów ocenić czy warto zainwestować w świetne brzmienie.
Chcecie poznać listę utworów które służyły za materiał testowy czy raczej nikogo to nie zainteresuje?
Zestaw Micropod SE + The dock trafił do mnie prosto od przedstawiciela Scandyny na Polskę firmy La Paoli Design. Wiem już, że na tym zestawie się nie skończy i w bliżej nieokreślonym czasie będę mógł zdać relację z kolejnych testów. Pora chyba przeprowadzić się do profesjonalnego studia odsłuchowego…
Oceń artykuł po przeczytaniu: Proszę o ocenę tego tekstu przy pomocy gwiazdek. Dzięki temu będę wiedział czy temat i sposób jego ujęcia spodobał Ci się. Z góry dziękuję!







